Newsletter
Wpisz swój email, aby otrzymywać powiadomienia o nowych informacjach na naszej stronie internetowej.
Lokalne partnerstwo - sposób na wyjście z biedy

- Aby przeciwdziałać dziedziczeniu nierówności i biedy konieczne jest budowanie lokalnego partnerstwa - mówi prof. Wielisława Warzywoda-Kruszyńska, dyrektorka Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego.

- Od piętnastu lat prowadzi pani profesor badania nad polską biedą, zwłaszcza wśród dzieci, przez ostatnie trzy lata socjologowie łódzcy pod pani kierownictwem koordynują międzynarodowy projekt badawczy dotyczący dziedziczenia nierówności i biedy. Skąd nagle zainteresowanie tym problemem w sytej Europie?

- Nie nagle, już w 2002 roku ukazał się raport UNICEF „Bieda dzieci w bogatych krajach”, który przyjęto z wielkim zdumieniem. Okazało się bowiem, że w latach 90. we wszystkich europejskich krajach wzrósł udział dzieci żyjących w biedzie, a najbardziej w Polsce: u nas to aż o 6 proc., u innych od 1 do 3 proc. Aktualne dane - do czego jeszcze wrócę - wskazują, że w Polsce wciąż utrzymuje się najwyższy w Europie wskaźnik ubóstwa wśród dzieci. Tymczasem, w większości krajów Unii, z nielicznymi wyjątkami, np. W. Brytania czy Dania, a ostatnio także Irlandia, problem biedy wśród dzieci chowany jest pod dywan. Z różnych powodów - dzieciaków nie można oskarżyć o to, że są sobie same winne, brak jest też zgody co do tego, czy powinno się mówić o biedzie dzieci, czy o biedzie rodzin. W różnych krajach ten problem ma więc także podtekst ideologiczny.

U nas o biedzie wśród dzieci, poza okresem wyborów, raczej się nie mówi, mówi się, że należy wspierać rodzinę. Nie bierze się pod uwagę faktu, że podział zasobów, które ona posiada wcale nie musi być dokonywany na rzecz dzieci, małe zasoby dzielą w ten sposób, aby przede wszystkim zaspokoić ich potrzeby. Ale w innych zaspokajane są w pierwszym rzędzie potrzeby dorosłych i to nie zawsze takie, które uznalibyśmy za uzasadnione. Wspierając rodziny trzeba brać ten aspekt pod uwagę.

Myślę, że jest jeszcze inny, ważny problem: nie ma powszechnego przekonania, że bieda wśród dzieci jest złem. Ujawnia się to często w takich wypowiedziach, że ktoś żył w biedzie i się wybił, bo bieda daje szkołę życia. Natomiast badania pokazują w sposób jednoznaczny, że żyjąc w biedzie człowiek nie ma równych szans. Stąd ten problem nierówności, biedy wśród dzieci i jej dziedziczenia jest niesłychanie ważny, bieda jest czynnikiem, który ogranicza możliwości rozwoju.

Wychodząc z tego założenia Unia wprowadziła w październiku 2006 r. obowiązek systematycznego monitorowania sytuacji dzieci we wszystkich krajach członkowskich (tzw. child mind skrimming). A jeszcze wcześniej Komisja Europejska zainicjowała badania dotyczące dziedziczenia nierówności społecznych i biedy. Celem projektu realizowanego w latach 2004 – 2007 i finansowanego przez Komisję Europejską jest ustalenie, w jaki sposób poszczególne kraje starają się temu przeciwdziałać i które z tych sposobów mogą zostać upowszechnione.

Instytut Socjologii UŁ, którym kieruję, ma duże doświadczenie i dorobek, jeśli chodzi o badanie zjawiska biedy. Wystartowaliśmy więc do projektu zgłaszając naszą koncepcję badań i mimo bardzo ostrej konkurencji (246 zespołów), zyskała ona akceptację, a nasz instytut i ja osobiście uprawnienia jedynego koordynatora badań w tej części Europy.

- Co było najważniejsze w waszej koncepcji?

- Sprowadzenie problemu niejako do korzeni, do przysłowiowego parteru. Wyszliśmy z założenia, że badania dotyczące wspomnianego zjawiska nie powinny być przeprowadzane na poziomie krajowym, ale w społecznościach lokalnych. Stąd też ranga lokalnych partnerstw. Pomysł był taki, aby właśnie tam poszukać odpowiedzi na pytanie: w jaki sposób w ramach tych społeczności organizowane są działania, które mają zapobiegać transmisji nierówności, czyli de facto biedy, bo to jest ten najważniejszy czynnik. I w zależności od tego, jak w tych społecznościach lokalnych dogadają się, tak te działania mogą być bardziej albo mniej skuteczne. W tym celu w każdym z ośmiu krajów o różnych modelach polityki społecznej i różnej przeszłości politycznej oraz sposobie rządzenia (Finlandia, Niemcy, W. Brytania i Włochy oraz Polska, Bułgaria, Estonia i Litwa) zostało wybrane jedno miasto średniej wielkości, w którym przeprowadziliśmy kompleksowe badania.

Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że realizowali je pracownicy miejscowych uniwersytetów (np. Uniwersytetu w Tampere w Finlandii), bądź niekomercyjnych instytutów badawczych (np. w Bułgarii). Wszędzie przeprowadzono grupowe wywiady z miejscowymi politykami (radnymi), kierownikami bądź dyrektorami wydziałów polityki społecznej w radach czy urzędach miejskich, a także pracownikami „pierwszej linii”: a są to pracownicy socjalni, pedagodzy szkolni, policjanci i in. Czwarta grupa to przedstawiciele organizacji pozarządowych. W każdym mieście były to więc cztery tzw. focusowe badania. Następnie zostały przeprowadzone badania wśród młodych ludzi (25 - 29 lat) na reprezentatywnej grupie mieszkańców danego miasta w tym wieku i do tzw. wywiadów pogłębionych wybrano spośród nich w każdym z miast trzydzieści osób. Chodziło o to, aby dowiedzieć się, jak ta określona polityka społeczna realizowana w danym mieście znajduje odzwierciedlenie w losach życiowych młodych ludzi, co sprzyja dziedziczeniu biedy, a co wydobyciu się z tego kręgu, przerwaniu łańcucha.

Upraszczając całe złożone zagadnienie: wśród ośmiu badanych krajów najtrudniej dziedziczy się biedę w Finlandii i w Niemczech, najłatwiej – jeśli można użyć tego określenia – we Włoszech, w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Ocena ta wynika z wielu czynników: • ze względnej liczby ludności o dochodach uznawanych za niewystarczające w danym kraju (dochodowa granica to 60 proc. przeciętnego dochodu w każdym z krajów, czyli ocena jest odniesiona do miejscowego poziomu życia);  • szacunków dotyczących tego, ile potrzeba pieniędzy, aby „wyjść” z biedy; • zróżnicowania dochodowego między grupą najlepiej a najgorzej sytuowanych; • ilości dzieci, których rodzice zaliczani są do biednych; • udziału wydatków na dzieci wśród ogółu wydatków publicznych na zabezpieczenie społeczne.

Badania Eurostatu wykorzystane w raporcie Komisji Europejskiej z lutego 2007 r. w sprawie ochrony socjalnej i integracji społecznej wskazują, że średnio w UE-25 w sferze ubóstwa żyje 16 proc. ludności, ale dzieci aż 19 proc., najmniej w Szwecji (9 proc.), najwięcej w Polsce (29 proc.). Mamy najgorszy wskaźnik i nie można się pocieszać, że w innych krajach post-socjalistycznych, może poza Litwą (27 proc.) jest podobnie, bo nie jest. Dużo niższy jest ten wskaźnik np. w Słowenii (12 proc.), w Czechach (18 proc.), czy Słowacji (19 proc.), na Węgrzech (20 proc.), a nawet w Bułgarii (22 proc.) i Rumunii (25 proc.). W Finlandii biedne jest co dziesiąte dziecko, na Węgrzech co piąte, a u nas co 3-4.

Jeśli porównuje się udział dzieci żyjących w biedzie i udział ludności biednej ogółem, okazuje się, że wśród dzieci jest o 8 proc. więcej dzieci biednych (te 29 proc.), niż ludzi biednych wśród ogółu ludności (21 proc.).

- Stąd wniosek, że za transformację najbardziej zapłaciły dzieci?

- W pewnym sensie tak. Ale, jak sądzę, nie można za to winić tylko transformacji, raczej sposób jej przeprowadzenia. Nie zapominajmy, że w Polsce realizowany jest - z pewnymi modyfikacjami w zależności od ekipy - model społeczeństwa neoliberalnego. A to oznacza, że obowiązuje zasada: ludzie, także biedni, radźcie sobie sami. Jak ktoś biedny, widać źle się stara i „rości”, a państwo i tak za bardzo pomaga, co utrwala te roszczeniowe postawy. Wyraźnie słychać te zarzuty pod adresem obecnej ekipy.

Upraszczam oczywiście, ale ten sposób widzenia problemu potwierdziły nasze badania w polskim mieście wybranym do projektu PROFIT.

Miasto liczy powyżej 50 tys. mieszkańców, padła tam większość zakładów, w tym ogromny kombinat włókien chemicznych i fabryka tkanin wełnianych, bezrobocie wciąż utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie (powyżej 20 proc.). Kiedy w ramach badań pytaliśmy lokalnych polityków, czy ich zdaniem istnieje zjawisko dziedziczenia nierówności i biedy i czy w ich mieście występuje ten problem, odpowiadano: „nie”. „Nie”, bo problemem jest bezrobocie, brak miejsc pracy, zła infrastruktura itp. Politycy problemu biedy „jako takiej” i biednych nie widzą, nie należy on do ich codziennej refleksji.

- Może wstydzą się, że jest bieda i biedni?

- Może, ale sądzę, że nie pozwala im dostrzec problemu wpajana od lat neoliberalna ideologia, w myśl której „każdy jest kowalem swego losu”, jak ktoś biedny – sam sobie winien. I to się w pewnym stopniu przenosi na dzieci, no, trudno – są takie małe obdartusy, pewnie nic już z nich nie będzie, szkoda inwestować”.

Pracownicy „pierwszej linii”, którzy na co dzień stykają się z biedą, myślą inaczej. Mają świadomość, że występuje zjawisko dziedziczenia nierówności i biedy, jednak posługują się terminologią, która w Unii jest już obecnie nie do przyjęcia. Mówią o rodzinach patologicznych, dzieciach z rodzin patologicznych, stosują takie etykiety, stygmatyzują. Choć oceniają, że bieda to patologia, uważają, że dzieci trzeba z niej „wyciągać”. Funkcjonuje nawet przekonanie, że jak dzieci sobie radzą w sposób nielegalny, to to jest w porządku, ponieważ one nie mają innego wyjścia, ale jeśli dorośli sobie w ten sposób radzą, to jest to naganne.

W mieście istnieje więc cały szereg inicjatyw, które mają na celu ulżenie dzieciom, danie im szansy, z tym, że są to działania rozproszone. A na dodatek organizacje pozarządowe, które tym się zajmują, konkurują ze sobą o bardzo ograniczone środki z kasy miejskiej. Prawdę mówiąc, to jest takie wyrywanie, często po parę groszy. W tym stosunkowo niewielkim mieście powiatowym naliczyliśmy aż 150 organizacji, ale część w ogóle nie działa, a pozostałe działają na krótką metę, ponieważ obowiązuje finansowanie na rok. Jest więc problem, czy w następnym roku te pieniądze będą, czy nie, nie warto się wobec tego zbytnio rozpędzać. Poza tym, tak jak w innych, także w tym mieście zmiana władz oznacza zmianę tych organizacji, które się faworyzuje. Praktyka jest taka, że w zależności od tego, jaki jest polityczny układ w mieście, wyposaża się finansowo tę, bądź tamtą.

- Co w tej sytuacji naukowcy podpowiadają praktykom?

- Po zakończeniu badań zrobiliśmy spotkanie z wszystkimi ich uczestnikami oraz z udziałem najwyższych władz tego miasta - przybył wiceprezydent. (Podobne spotkania odbyły się we wszystkich badanych miastach). Miało ono uświadomić (i tak się stało) pracownikom „z pierwszej linii” zajmującym się pomocą społeczną, że ich rywalizacja o środki nie ma sensu, że byliby o wiele bardziej skuteczni, gdyby zechcieli się zjednoczyć.

Najważniejszy, wynikający z naszych badań wniosek jest bowiem taki: aby przeciwdziałać dziedziczeniu nierówności i biedy konieczne jest budowanie lokalnego partnerstwa.

Problem dziedziczenia musi być wprowadzony do strategii tego miasta, wyspecyfikowany i właśnie wokół tego strategicznego celu powinno kształtować się lokalne partnerstwo obejmujące władze miejskie, organizacje pozarządowe, lokalny biznes i osoby prywatne.

Pojawia się jednak poważny dylemat dotyczący zresztą nie tylko tej kwestii:

Partnerstwo - po pierwsze - może być budowane tylko wtedy, kiedy oparte jest na zaufaniu. Ludzie muszą wiedzieć, że inni nie będą działali w taki sposób, aby ich „wykolegować”, ale tak, żeby zrealizować określony cel albo zadanie. A to wymaga pewnej ciągłości od władz, od polityków i polityki również na szczeblu lokalnym. W moim przekonaniu działaniom władz na różnych szczeblach najbardziej szkodzi ich kadencyjny rytm. Każda nowa ekipa przekreśla dorobek poprzedniej, zaczyna od początku, jak na zaoranej ziemi, jakby nic nie działo się przed jej pojawieniem.

Pewne nadzieje wiążę właśnie z Unią i z koniecznością monitorowania biedy oraz budowania krajowych planów jej przeciwdziałania, powiaty muszą opracowywać strategię rozwiązywania problemów społecznych i strategię integracji. Wprawdzie do tej pory ma to wszystko taki nieco dekoracyjny charakter, ale mam nadzieję, że z czasem stanie się prawdziwym narzędziem przeciwdziałania nierównościom i biedzie. Tak to jest w innych krajach. W Niemczech np. od dawna przygotowywane są raporty dotyczące biedy w każdej gminie, powiecie i landzie, weszło to już w normalną praktykę. Nasza przynależność do Unii wymusi konieczność wspólnego przygotowywania strategii w miastach i potraktowania ich jako przedsięwzięcia wiążącego władze polityczne, czyli przy zmianie ekipy następna będzie musiała ze strategii się rozliczyć. Oczywiście, niezbędnym warunkiem są określone wskaźniki do monitorowania.

I tu wyłania się drugi, niesłychanie ważny problem: aby budować partnerstwa i móc działać w partnerstwach, muszą być wiarygodne dane statystyczne. Jest to problem, na który natknęliśmy się nie tylko u nas, w Polsce, ale we wszystkich krajach z wyjątkiem W. Brytanii. Otóż dane statystyczne, które są porównywalne istnieją, ale tylko na poziomie krajów.

UE wprowadziła wskaźniki, przy pomocy których monitoruje się biedę, wykluczenie społeczne i na ich podstawie można co dwa lata stwierdzić, czy kraj poczynił postęp, czy nie. Natomiast te dane ani w Polsce, ani w innych krajach z wyjątkiem właśnie W. Brytanii nie są dezagregowane na niższy poziom. Wiadomo ile jest biednych dzieci w Polsce, ale nie wiadomo, ile np. w Elblągu, albo w Białymstoku.

Podczas badań docierały do nas takie opinie: gdybyśmy wiedzieli, ile w naszym mieście dzieci żyje w biedzie, moglibyśmy podejmować bardziej skuteczne działania, ale tak to wszystko robimy „na macanego”, czyli na wyczucie. Nie wiadomo więc także, czy te działania są skuteczne, bo skoro nie wiemy, ile jest tej biedy, to trudno powiedzieć, czy i w jakim stopniu zmniejszył się jej zakres. W. Brytania zrobiła w tym względzie coś niezwykle ważnego: nie tylko na poziomie gmin, ale np. w miastach „na szczeblu” osiedli dostępne są wszystkie informacje potrzebne pracownikom społecznym: poziom bezrobocia, dochód na głowę, ilość ludzi mieszkających w mieszkaniach określonego typu, ilość dzieci z biednych rodzin itp.

W badanym przez nas mieście istnieje oczywiście dużo danych, są - jak i w innych miastach - statystycy, ale niedoskonała procedura sprawia, że nie ma przepływu informacji między poszczególnymi wydziałami i sektorami np. między wydziałem pomocy socjalnej, a wydziałem edukacji. Jest to wszystko jakby poszatkowane. Nie mówię już o współpracy z biznesem, który jeśli chce pomóc biednym, też działa „na macanego”.

I wreszcie trzecia istotna kwestia: aby to lokalne partnerstwo powstawało, potrzebny jest lider. W badanym przez nas polskim mieście instytucji pomagających ludziom jest sporo, ale tym autentycznym liderem okazał się ksiądz. Jak przeanalizowaliśmy wszystkie podejmowane inicjatywy, to właściwie tylko on stworzył kompleksowy system wsparcia dla osób dotkniętych biedą. System, który nie jest nakierowany na określoną grupę, ale na szerszą społeczność.

Najpierw ksiądz uruchomił świetlicę dla dzieci, w której jest pedagog, emerytowane nauczycielki pomagają dzieciom odrabiać lekcje, a ofiarne parafianki przygotowują posiłki. Potem okazało się, że ich rodziny potrzebują wsparcia, wobec tego ksiądz zorganizował grupę Anonimowych Alkoholików i klub dla rodzin, a także klub sportowy dla dzieci i młodzieży, jest trener, jest sprzęt sportowy, dzieciaki mają sensownie zagospodarowany wolny czas. System działa w jednej parafii, ale ksiądz współpracuje z innymi. I co niesłychanie ważne: może on w dużej mierze działać poza dotacją MOPS-u, dostaje stamtąd jakieś pieniądze, ale współpracuje głównie z Caritasem, jest w pewnym sensie niezależny finansowo od miasta. Działa, jak ktoś to określił, jak fiński rząd.

W Finlandii bowiem tym liderem nr 1, który organizuje, koordynuje i kooperuje jest wydział spraw socjalnych urzędu miasta. Tam pociąga się wszystkie sznurki i przygotowuje akcje pomocy. U nas nie jest to możliwe, ponieważ prestiż zawodu pracownika socjalnego (i zarobek) jest niski, a wymagania wysokie. Wydziały socjalne w odczuciu dość powszechnym zajmują się „rozdawaniem”, bądź, jak mówią niektórzy, „marnowaniem” pieniędzy. W krajach skandynawskich jest inna filozofia - równości i zaspokajania potrzeb na godnym, a nie na minimalnym poziomie, wydział spraw socjalnych jest więc tam traktowany jako ważne ogniwo w systemie realizacji celów społecznych.

W estońskim mieście Parnu liderem jest centrum pomocy rodzinie, które działa poza miejskim czy powiatowym ośrodkiem pomocy. Integruje skutecznie wszelkie inne inicjatywy pomocowe.

Ciekawy przykład to partnerstwo w Loughborough w W. Brytanii. Ma charakter prywatno-publiczny, razem działa gmina i organizacja pozarządowa „Most”, która zajmuje się zagrożoną młodzieżą. Na skutek gwałtownego wzrostu czynszów problemem stała się tu bezdomność oraz ucieczki z domu i ze szkoły młodzieży i dzieci. „Most” szuka wyjścia, próbuje np. załatwić mieszkanie biorąc pod uwagę sytuację dzieci bądź młodych ludzi, potem przez jakiś czas czynsz opłaca gmina. Wywiad środowiskowy i mediacje: rodzina - urząd, prowadzi przedstawiciel „Mostu”, a nie urzędnik, co stwarza zupełnie inny klimat.

W niemieckim mieście Giessen, gdzie wciąż jest bardzo wysokie bezrobocie, pod koniec lat 80. powstało działające do tej pory Centrum Pracy i Ekologii. Z inicjatywą wyszły władze miasta, powiatu i landu (Mesja) oraz związki zawodowe. Centrum pomaga młodym bezrobotnym zdobyć nowe kwalifikacje przydatne także dla środowiska. Bezrobotni najpierw byli zatrudnieni przy recyklingu i zasiłki dostawali za tę pracę organizowaną przez ośrodek, rozbierali lodówki, telewizory, motocykle. „Kasę” dawali partnerzy, z czasem inicjatywa nabrała rozmachu. Dziś centrum w 99 proc. utrzymuje się z własnych dochodów. Aplikuje o projekty unijne, wykorzystuje możliwości, jakie stwarza ekonomia społeczna np. ośrodek finansuje szkolenie na kelnerów, czy kucharki i zakłada własne restauracje. Dochody z jednego typu działalności przynoszącej zysk, przerzuca się na inną na razie deficytową. Centrum monitoruje też bardzo dokładnie, co się dzieje z młodymi, których przygarnięto i przeszkolono.

Jest to najlepsza propozycja spośród ośmiu badanych miast, modelowy przykład lokalnego partnerstwa. Powstało ono dzięki inicjatywie polityków, rządzili wówczas „zieloni”, ale rozwinęło skrzydła dzięki ludziom obdarzonym społeczną wrażliwością i pełnych inicjatywy.

Także w Polsce i to nie tylko w badanym przez nas mieście (nazwy na prośbę mieszkańców nie podajemy, aby nie czuli się „naznaczeni”) potrzebna jest wola polityczna, aby przeciwdziałanie dziedziczeniu biedy uznać za priorytet. Jeśli chce się w tej sferze coś pożytecznego robić, nie ma innego wyjścia, jak dogadywanie się i to poza politycznymi podziałami. Bez tego trudno będzie uzyskać i dobrze wykorzystać nie tylko środki unijne, ale nasze własne - z budżetu państwa, miasta, czy gminy. Pamiętajmy, że bieda zmniejsza się tylko wtedy, kiedy tym, którzy są najniżej w hierarchii dochodów, poprawia się szybciej niż innym. W przeciwnym razie grupa biednych nie zmaleje, a może wzrastać, najlepszym przykładem jest dramatycznie wysoki wskaźnik biednych dzieci.

- Czy receptą na to „szybciej” mogą być właśnie partnerstwa lokalne?

- Zdecydowanie tak. Nie ulega wątpliwości, że wręcz niezbędne są lokalne partnerstwa ukierunkowane np. na dożywianie dzieci bądź przeciwdziałanie tzw. gettyzacji biedy. Gettyzacja, które to zjawisko badał nasz Instytut, oznacza, że na pewnych terytoriach (w niektórych dzielnicach Łodzi) ludność biedna i biedne dzieci występuje z większym nasileniem niż gdzie indziej (średnio w kraju, gminie, mieście). Problemy występujące w takich „gettach” są wielorakie: zdrowotne, brak pracy, przemoc, złe wzorce wychowawcze, fatalne warunki mieszkaniowe. Gettyzacja biedy jest związana z bardzo złą substancją mieszkaniową, potrzebna jest więc aktywna polityka mieszkaniowa i różnego typu inicjatywy miejscowej społeczności, instytucji i organizacji pozarządowych. A to wszystko mogłoby mieścić się w działaniach lokalnego partnerstwa. U nas miejsce urodzenia jeszcze tak bardzo nie „naznacza”, nie stygmatyzuje, jak w niektórych innych krajach (podajesz adres i … roboty nie masz). Ale problem istnieje i nie wolno siedzieć z założonymi rękoma.

Rozmawiała Irena Dryll